19 luty - wpis drugi - o edycji i jej skutkach - Lukka

Dziś wyedytowałem; "wywołałem"; zakończyłem postprodukcję /niepotrzebne skreślić/; przywołałem na świat z cyfrowego bezmiaru danych fotografie z Lukki, miasta w Toskanii. Jesienią 2010 roku spędziłem tam kilka dni - celem było robienie zdjęć i zwiedzanie.
Wtedy, zaraz po powrocie dokonałem edycji - używam do tego Lightrooma. Ten program dla kogoś kto jak ja, zaczynał w czasach bezcyfrowych - bardzo przypomina działania w normalnej ciemni. Tyle, że w 2010 roku moje Lighroomowe umiejętności były zdecydowanie na innym, niższym poziomie.
I co się dzieje dzisiaj?

Po kilku latach, gdy wzrosła świadomość narzędzia, moja opowieść o Lucce wygląda zupełnie inaczej - czy lepiej. No właśnie. Czy istotą fotografii jest jej techniczna poprawność wynikająca z opanowania programu? A może jednak opowieść czy forma jaką niesie? Czy liczy się przyjemność z oglądania i odczytywania znaczeń? A może szukanie "wyżartych" świateł i zgubionych w szczegółach cieni? /Oczywiście zakładam pewien przyzwoity poziom techniczny jako absolutne minimum/.
Świadomość narzędzia powoduje, że wydobywamy więcej z cieni lub świateł, że lepiej /?/ kształtujemy nastrój zdjęcia, ale gdy w RAW-ie nie ma opowieści lub interesującego obrazu? Co wtedy? A z drugiej strony wiedza o tym, czym dysponujemy w programie poprawia naszą zdolność opowiadania.
Ja osobiście wolę zrobić interesujący obraz z technicznymi niedoborami, jednak cieszy mnie, że więcej potrafię. Niekonsekwencja?

By nie być gołosłownym - kilka zdjęć właśnie dziś powstałych z plików z przed kilku lat.

UWAGA ! Z POWODÓW TECHNICZNYCH RESZTA ZDJĘĆ DO TEGO WPISU W ZAKŁADCE "REPORTAŻ" - LUKKA. NIEBAWEM TO POPRAWIĘ. DZIEKUJĘ ZA WYROZUMIAŁOŚĆ